Zboża kuły moje nogi.
Oddech był ciężki.
Bolały mnie zadane przez nich rany.
Krew spływała z mojej brwi. Dotknęłam jej. Spojrzałam na swój palec, którego pokrywała krew.
Nie potrafiłam wstać.
Leżałam spoglądając na zboża, które dzisiejszego dnia, tak delikatnie falowały.
Nawet nie wiem, kiedy moje policzki pokryły się łzami.
Może to był wynik stresu.
A może po prostu bólu?
Nie płakałam. Same łzy cisnęły mi się po policzkach. Nie wiedziałam czemu.
Może miałam po prostu uczulenie.
Nie miałam, dlaczego płakać-tłumaczyłam.
To wszystko już się stało...na to wszystko nie ma już lekarstwa.
Głos uwiązł mi w gardle. Przymknęłam oczy.
Dobrze, aby było mi dane tutaj umrzeć.
Przynajmniej nie męczyłabym się.
Otworzyłam znowu oczy spoglądając na błękitne niebo.
Odwróciłam głowę, nadal je ilustrując. Dużo chmur i granatowe niebo, po lewej stronie, chciało w końcu zająć miejsce, pięknego, bezchmurnego, nieba.
Nie wiem, ile minęło czasu.
Nie liczyłam się z tym.
Poczułam jak deszcz pozbywa mnie krwi z moich ramion, brzucha, twarzy i nóg.
Wzięłam głęboki oddech.
Wybuchłam płaczem.
Tak długo skrywałam to w sobie, że w końcu moje uczucia dały o sobie znać.
W końcu usłyszałam swój głos. Jęk, który za każdym razem wydobywałam, gdy mój brzuch chociaż trochę się napinał. Usłyszałam swoje łkanie.
Usłyszałam siebie.
Prawdziwą siebie.
Ubrania lepiły się do mnie.
Rany paliły.
Obraz rozmazywał mi się przed oczami.
Czy tak właśnie wygląda śmierć?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz